Część 1. Paranormalność, mój dzień na co dzień
Dwa dni... tyle
wystarczyło, żeby dowiedzieć się więcej niż można przypuścić. Każdego
dnia chodziłam do szkoły, nie, nie takiej zwykłej. Mój świat nie należy
do waszego świata. Mój świat to świat pełen magii i zaklęć. Bo nie
jestem zwyczajną dziewczyną, jestem czarownicą...
Od kiedy byłam dzieckiem
w mojej rodzinie panowała magia. Dom zawsze był przepełniony
niesamowitą atmosferą zaklęć, a w powietrzu unosiła się mgiełka wywołana
jakimś czarem... Odkąd tylko pamiętam wiedziałam o swoim pochodzeniu.
Nigdy mi to nie przeszkadzało, co więcej sprawiało, że czułam się
prawdziwa, spełniona i warta samej siebie. Jak to czarownica mam swój
własny charakter, lecz nie jest on do końca typowy co do zgrywania
mądrali, czy zadzierania noska i latania na miotle... Po prostu mam
swoje zdanie i nie pozwalam go nikomu podważyć. Nikomu nie udało się
wejść mi na głowę i jak przypuszczam... nie uda. Intuicja to nie
wszystko, trzeba czuć to co się robi, a ja właśnie czuję...
Nasz świat różni się pod
wieloma względami, jednak działa na podobnej zasadzie. To tak, jakby
dwie granice były obok siebie nieświadome istnienia tej drugiej. Mówiąc w
skrócie to taka tafla szkła, która odgradza te dwie sfery.
Zastanawiacie się jednak
czego takiego się dowiedziałam, co tak strasznie wywróciło mój świat do
góry nogami, że dwa dni sprawiły mi taki kłopot... Otóż znalazłam pewną
historię... Historię, którą za raz ci opowiem...
To zdarzyło się już kiedyś...
" Dokładnie czternaście
lat temu były sobie trzy małe dziewczynki. Były wręcz nierozłączne,
każda uzupełniała się z tą kolejną, jakąś nieporównywalną cechą...
Całymi dniami bawiły się
skacząc ponad strumykiem, niedaleko wielkiego starego drzewa. Pomimo,
iż za każdym razem dziewczynki wpadały w błoto, śmiały się do rozpuku, a
na dźwięk ich perlistego śmiechu, ich sukienki od razu przestawały być
brudne. Każda z nich bowiem posiadała magiczny dar...
Pewnego jednak dnia,
podczas zabawy dziewczynki pokłóciły się o coś, o czym później nigdy
więcej nie chciały rozmawiać. Wnet rozpętała się straszliwa ulewa,
której towarzyszył nabuzowany, północny wiatr, a małe, rozzłoszczone
przyjaciółki w mgnieniu okna znalazły się pod drzewem. Czując się
bezpiecznie schronione się przed deszczem, wszystkie równocześnie
odetchnęły nie patrząc na siebie...
Wtem stało się coś
zupełnie niespodziewanego. Świat wokół dziewczynek, jakby przestał
istnieć. Żadna z nich nie widziała, ani rozszalałej burzy, ani szarego
nieba, pokrytego tonami chmur. Wokół wirował świat niczym różowa wata
cukrowa. Dziewczynki ponownie się roześmiały zapominając o wszelkich
troskach. Ubrane w pastelowe sukienki, w odcieniach pudrowego różu,
fiołkowego fioletu oraz niebieskiego, tak czystego jak bezchmurne niebo
zaczęły podskakiwać i tańczyć.
Stojąc obok siebie
postanowiły, że każda złapie kolejną małym palcem u ręki za mały palec
koleżanki. Wypowiedziały tajemniczą przysięgę przyjaźni i obiecały, że
już nigdy się nie pokłócą...
Jednak wraz z mijaniem
kolejnych miesięcy, uraza z ostatniej kłótni wracała do każdej z nich,
niczym cień na ścianie, który pojawia się za każdym razem, kiedy słońce
powoli kładzie swoje promyki ku ziemi... Nie chcąc się więcej widzieć na
oczy rozeszły się po świcie z zadartymi noskami.
Dziewczynki miały się
już nigdy nie spotkać, nigdy, aż do czasu, gdy czternaście lat później
ich drogi znów skrzyżują się przez obietnicę, którą niefortunnie złożyły
jako dzieci... "
Purple Witch
Odchyliłam się lekko
stojąc na brzegu krawężnika. Nawet jeśli miałabym spaść, nie stałoby
się to. Jeżeli bardzo bym czegoś chciała, to potwierdzenie tego
musiałoby się znaleźć w głębi mojej duszy całkowicie się z tym
zgadzając...Mocniej przecisnęłam do siebie kurtkę Nike, po czym
spojrzałam na swoje dłonie tkwiące w ciepłych i zwariowanych
rękawiczkach od Marca Jacobsa. Świetne dobranie - pomyślałam ironicznie.
Pomimo wszystko uśmiechnęłam się. Poczułam wiatr przelatujący obok
mnie. Odwróciłam głowę w stronę, z której nadleciał. Przed nosem
przejechał mi autobus . Odchyliłam się delikatnie trzymając jedną ręką
słupek ubrany w biało - czerwone paski. Spojrzałam w górę na subtelne,
bielusieńkie płatki śniegu. Ludzie wysiedli z autobusu z niezadowoleniem
i obrzydzeniem malującym się na ich twarzach. Spojrzałam na nich ze
zdziwieniem po czym wskoczyłam na krawędź jezdni wprost do śniegu,
stającego się już rozmokłą kałużą. Roześmiałam się rozmazując wodę na
wszystko i wszystkich. Ostatni raz obróciłam się wokół własnej osi
ochlapując swoje wysokie botki od Wojasa. Ruszyłam przed siebie idąc
szeregiem małego oceanu.
Idąc bulwarem nazywanym
przeze mnie Moim ' China Town ' dostrzegłam czerwony szyld. Sushi .
Oblizałam wargi. To to co lubię. Przebiegłam na drugą stronę ulicy, po
czym przeszłam przez białą zaspę sięgającą mi do połowy łydek. Zdjęłam
kurtkę i powiesiłam ją na oparciu krzesła. Patrząc na kartę dań
dostrzegłam moją ulubioną sałatkę. Zamówiłam ją i skierowałam się w
stronę toalety. Weszłam do pomieszczenia od razu podchodząc do umywalek.
Umyłam ręce. Mydło pachniało wanilią, choć było też czuć nutę wrzosów.
Otrzepując dłonie spojrzałam w lustro. Ciemno- brązowe włosy lekko
pofalowane na końcach, przez ujemną temperaturę, zaś z tył głowy wisiała
mała fioletowa kokardka.
Wychodząc z toalety
zerknęłam na swoją lewą skroń i Potrząsnęłam włosami, by ukryć trzy
niewielkie znamiona po lewej stronie czoła...
Podchodząc do stolika już z oddali zauważyłam, że coś jest nie tak.
- Przepraszam... - zaczepiłam przechodzącego obok kelnera. – Nie zamawiałam koperty urodzinowej. – zinterpretowałam.
Mężczyzna spojrzał na mnie, a następnie na stolik. Obok sałatki leżała filetowa koperta.
- Dzisiaj nikt jej nie
zamawiał, a w naszym lokalu widnieją one tylko w czerwonym kolorze. –
wyjaśnił, po czym ruszył w kierunku baru.
Nikt jej nie zamawiał ?
Zaczęłam się zastanawiać marszcząc brwi. Wzięłam kopertę do ręki. Po
drugiej stronie widniało moje imię. Obróciłam się powoli i rozejrzałam
dookoła, nieco zdezorientowana.
Wokół nie zauważyłam
nikogo podejrzanego, ani patrzącego w moim kierunku. Spojrzałam z
powrotem na niewiadomy list i jednym ruchem rozerwałam filetowy papier.
W środku znajdowała się jedna jedyna rzecz pozostawiona tam, i to prawie bez jakichkolwiek wyjaśnień.
Nowy Orlean ? Zaczęłam
się zastanawiać... Nic z tego nie rozumiem, fioletowa koperta z moim
imieniem, bilet na samolot za kilkanaście godzin ?!
Fioletowa koperta zsunęła się z krawędzi stołu, a z niej wypadła mała kartka papieru.
To był rysunek. Nie
byłam pewna co przedstawia. W pewnym sensie był w nim zawarty zegar
czasu i ... trzy małe kolorowe plamki. Schowałam arkusz do kieszeni.
Wydawało mi się to
niezwykle dziwne, ale czułam, że jest w tym coś ważnego. Coś... Jakaś
magia nie pozwalała mi odmówić. Musiałam lecieć...
Zaczęłam dzióbać
widelcem o talerz słysząc standardową muzykę, niczym z centrum
handlowego , po czym bezwolnie zjadłam sałatkę , przyglądając się
spokojnie klientom i młodym ludziom podającym dania. Moje trybiki mocno
pracowały podczas wewnętrznej ciszy.
Wzięłam ostatni kęs
sushi, po czym zapłaciłam przy kasie. W mojej głowie zaczęła panować
nieogarnięta, statystyczna energia. Zerwałam się z miejsca i pognałam do
domu, nawet nie zwracając uwagi na szalik gnający za mną, ledwo
owinięty wokół mojej szyi, ani na nogi mokre do połowy, od kropel
padających na nie z kałuż. Nie omijałam ich, plusk wody był niczym rytm
mechanizmu obracającego się w mojej głowie.
Jednakże lawendowa
koperta, została samotnie na stoliku, a może i nie tak peryferyjnie
przyciągając tych, którzy nie powinni jej ujrzeć, tak samo jak nie
powinni widzieć nabazgranego na nim małego znaku, pozostawionego tam
nieświadomie przez dziewczynę z fioletową kokardą we włosach ...
Ciąg dalszy nastąpi...


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz